wtorek, 4 sierpnia 2015

"Mroczne umysły"- Alexandry Bracken



Tytuł polski: Mroczne umysły

Tytuł oryginalny: The Darkest Minds

Autor: Alexandra Bracken

Tłumacz: Maria Borzobohata-Sawicka

Wydawnictwo: Otwarte

Ilość stron: 456


Pomyśleliście kiedyś, jak wyglądałby świat, gdyby dzieci zamykano w „obozach rehabilitacyjnych”, ponieważ na skutek przeżycia śmiertelnej choroby, wykształciły w sobie nadprzyrodzone zdolności? A co, gdyby niektórzy rodzice sami oddawali swoje pociechy, aby chronić siebie, ich… cały kraj? Czy to poprawne myślenie? Czy można sobie wyobrazić ból tych dzieci i krzywdę, którą dorośli im wyrządzili? Ja zdołałam, podczas czytania „Mrocznych umysłów”.
Główną bohaterką tej powieści jest szesnastoletnia Ruby. Dziewczyna przebywa w obozie Thurmond odkąd skończyła dziesięć lat. Na skutek zwykłego przypadku, zostaje wzięta za Zieloną- ponad przeciętnie inteligentną, lecz w rzeczywistości jest jedną z ostatnich Pomarańczowych, którzy potrafią wedrzeć się do cudzego umysłu i nakłonić innych do swojej woli. Jednak sprawnie ukrywa swoje prawdziwe zdolności. Do czasu, aż w całym obozie rozbrzmiewa chwilowo udoskonalony Biały Szum. To wydarzenie zapoczątkuje w życiu Ruby dotkliwe zmiany. Ale czy na lepsze?

„Nie bój się. Nie pozwól, by to zauważyli.”

Szczerze mówiąc, jestem fanką „Mrocznych umysłów” odkąd tydzień przed premierą, moja przyjaciółka pokazała mi opis tejże książki na informatyce w szkole. Powieść dostałam już w dniu premiery i niesamowicie mnie oczarowała. A dlaczego? Przekonajcie się ;)

„Najmroczniejsze umysły skrywają się za fasadą najzwyklejszych twarzy.”

Może wydać się to dziwne, ale Ruby polubiłam już od początku książki. Mimo że niemal przez całą powieść była odrobinę denerwująca, z tą swoją manią nazywania się potworem. Jednak całkowicie ją rozumiałam i trzymałam kciuki za wszystko, co robiła. Jeśli chodzi o mojego ulubionego bohatera, nikogo nie powinno dziwić, że był nim… Liam. Ci, którzy czytali moją recenzję „Czerwonej królowej” już zapewne wiedzą, że w każdej serii muszę mieć swojego ulubieńca, a w tej padło na młodszego z braci Stewartów. Od początku był miły, troskliwy, opiekuńczy i pomysłowy. Niemal zawsze, gdy czytałam jego wypowiedzi lub opisy wydarzeń, w których brał udział, na mojej twarzy pojawiał się szeroki uśmiech. Do Pulpeta z początku nie zapałałam sympatią, lecz z czasem i jego polubiłam. Może dlatego, że ze zgorzkniałego nastolatka stał się bardziej otwarty? Za to ciężko mi ocenić małą Zu. Jako że nie mówiła i tylko brała udział w wydarzeniach, do końca książki byłam do niej raczej nastawiona neutralnie.

„Nie, oni nie lękali się o dzieci, które mogły umrzeć. Nie martwili się pustką, którą miały po sobie pozostawić. Oni bali się nas- tych, którzy przeżyli.”

Najbardziej do gustu przypadł mi sam pomysł, aby akcję umiejscowić w niedalekiej przyszłości, w której nagle wybucha epidemia choroby OMNI. A najciekawsze były skutki tejże choroby, a mianowicie- zdolności, których posiadacze zostali nazwani według pięciu kolorów. W wielkim skupieniu śledziłam poczynania Ruby, jej rozterki i skutki działań bohaterów.

„Gdy dziewczyna płacze, nie ma na świecie nikogo bardziej bezużytecznego niż chłopak.”

Największym zaskoczeniem dla mnie było zakończenie. Sama końcówka nagle nabrała tempa i sprawiła, że ostatnie strony „Mrocznych umysłów” były dla mnie jeszcze bardziej niezrozumiałe i szokujące. Jednak muszę przyznać, że zakończenie to z pewnością nakłania do przeczytania następnej części :)

„Nie można odbudować zniszczonego życia ani odzyskać straconego człowieka.”

Książki nie czyta się łatwo ze względu na doskonale widoczna krzywdę dzieci, lecz autorka postarała się, aby czytanie nie wprawiało w depresyjny stan ;)
Okładka książki nie jest piękna, ale moim zdaniem pasuje do tej powieści, a że nie przeszkadzała mi w czytaniu, to nie mam jej wiele do zarzucenia.

„Jesteśmy wyjątkowi nie ze względu na to, kim jesteśmy, ale ze względu na to, kogo mogą z nas zrobić.”

„Mroczne umysły” to według mnie wspaniale napisana książka opisująca historię młodzieży, która przez swoją „inność” została wykluczona ze społeczeństwa i jest wręcz prześladowana i ścigana. Oczywiście zawiera wątki humoru, romansu i niesamowicie głębokiej przyjaźni, dla której można zrobić wszystko.

„Naszym kolorem jest czerń.”

No więc recenzja skończona, a emocje po przeczytaniu książki jak zwykle we mnie szaleją. A jak Wam czytało się „Mroczne umysły”? Gdybyście mieli wybrać, którym kolorem chcielibyście być?


Ta recenzja bierze udział w konkursie:
http://www.kolejnyrozdzial.pl/2015/07/wakacje-z-ksiazka-konkurs.html

8 komentarzy:

  1. Książki o młodzieży ostatnio do mnie nie trafiają, dlatego raczej podziękuje. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem :)
      Nie każdy lubi tego typu książki ;)

      Usuń
  2. Nominowałam Cię do kucykowego tagu ;)
    http://ruderude-czyta.blogspot.com/2015/08/mylittleponybooktag.html

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam ją w domu, a im więcej pozytywnych recenzji czytam, tym poprzeczka idzie w górę... więc mam nadzieję, że pani Bracken mnie nie zawiedzie. Choć wydaje się "zlepkiem" paru popularnych książek, to jednak coraz bardziej mnie interesuje i przeczuwam, że stanie się jedną z moich ulubionych powieści :)
    Czytasz bardzo ciekawe książki, podobne do mojego gustu czytelniczego, a Twoje recenzje są bardzo interesująco napisane. Będę wpadać częściej :)
    Pozdrawiam, Patty z bloga pattbooks.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za bardzo miłe słowa ;)
      Zapraszam do mnie ponownie :)

      Usuń
  4. Świetna recenzja.
    Może to dziwne, ale czytam jej recenzję pierwszy raz. Została wydana już jakiś czas temu, a ja z reguły z czytaniem recenzji jestem na bieżąco.
    Nie jestem pewna czy mam ochotę na książki w takim klimacie. Zazwyczaj czytam książki po to, żeby się odprężyć.
    Co do bloga, to jestem tu pierwszy raz i myślę, że zostanę tu na dłużej.
    Pozdrawiam,
    Mój Blog

    OdpowiedzUsuń
  5. Mnie, szczerze mówiąc, zanudziła. Początek był świetny, fascynujący, ciekawy, zapowiadało się na genialną młodzieżówkę. Co prawda sprawa z mocą Ruby była nieco chaotyczna, niezrozumiała. Ale później, gdy spotkała Liama i resztę... Boże, ale się wynudziłam! Oni po prostu jechali, jechali, jechali, jechali, jechali i nie mogli dojechać, a na dodatek nie wiedzieli, gdzie jadą.
    Ale muszę przyznać, że autorka bardzo fajnie (ach tak, poloniści nie lubią tego słowa, ale cóż poradzić, skoro idealnie pasuje?) przedstawiła etapy ich przyjaźni. To, jak wszyscy zdobywali swoje zaufanie. Krok po kroku, schodek po schodku, wspinając się coraz wyżej.
    I muszę się też zgodzić z tym, że zakończenie zaskakuje. I nie mam na myśli tej akcji z hmm... (jakby to powiedzieć, żeby komuś spojlera nie zrobić?) z tym pewnym chłopakiem, co się okazał nie takim, jakim miał być, ale chodzi mi o całkowitą końcówkę, przez którą nie wiedziałam, czy mam własnoręcznie zabić Roby, czy płakać nad tym, co zrobiła...

    Pozdrawiam, Koneko
    recenzje-koneko.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń

Będzie mi bardzo miło, gdy skomentujesz, podzielisz się ze mną swoją opinią dotyczącą danego postu. Lecz proszę, nie obrażaj nikogo :)